Krwawica moja

17 Luty 2011

Już od dłuższego czasu pracuję nad tym postem i męczę się strasznie, i skończyć go nie mogę. Wciąż mam poczucie, że nie dotykam istoty zjawiska, choć doświadczam go z mniejszą lub większą regularnością od trzynastego roku życia. Może problem tkwi w tej oczywistości, w automatycznym i poza refleksyjnym doświadczaniu okresu? Pewnie tak. Pytanie, jak dotrzeć do jego sedna, jak oddać w słowach to, co tkwi w pamięci ciała, by jednocześnie nie zbanalizować tej wypowiedzi (tj. by nie mówić o oczywistościach)? Z pomocą, jak sądzę, przychodzi tutaj fenomenologia. Pamiętam, że będąc jeszcze na studiach nie bardzo rozumiałam, o co właściwie chodziło Husserlowi. Dziś widzę, że badania nad zmysłowym, ucieleśnionym doświadczeniem nie mogą obyć się bez epoche. Zatem podobnie jak to wcześniej zrobił Kamil Pietrowiak przyglądając się kupie, tak i ja świeżym okiem spojrzę na krew menstruacyjną; z fenomenologicznym zacięciem rozprawię się z brudną podpaską oraz zużytym tamponem. Zastanowię się też nad kwestią granic “dobrego smaku”, bo jak daleko sięga tabu, o czym można mówić/pisać – co można przedstawiać w przestrzeni publicznej, a co należy skryć w czterech ścianach toalety? Oto pytania, na które postaram się tutaj odpowiedzieć.

Menstruacja, okres, miesiączka, ciotka. ciota

Szkoła podstawowa. Pamiętam, jak na przerwach ściszonym głosem rozmawiałyśmy o podpaskach. Myśl o tamponie wywoływała w nas rumieniec. Okres wydawał nam się wtedy nieuchronnym, acz mistycznym elementem życia, na który wszystkie czekałyśmy. I tak w majestacie kolejno “zakwitałyśmy na czerwono”. Jednak mój “pierwszy raz” nie napełnił mnie dumą – czułam się zawstydzona, obolała, brudna. W czasie pierwszej lekcji zemdlił mnie zapach farby olejnej, którą pomalowano wcześniej sale. Pamiętam to spojrzenie mojej nauczycielki, w którym znalazłam zrozumienie. Do domu odprowadziła mnie E., która swój pierwszy raz miała dawno za sobą. Drogę do domu, wypełniła mi dobrymi radami.

Podpaski lat 90. nie były szczególnie wygodne. Ani dyskretne. Rolowały się. Przeciekały. Doskonale pamiętam stres, z jakim zawsze w pierwszych dniach okresu kontrolowałam stan swojego ubrania. Wielokrotnie widziałam czerwone plamy na ubraniach koleżanek. Jednak nie udało mi się uniknąć plamy, szczególnie iż “ciotka przyjeżdżała czasem bez zapowiedzi”.

No i jeszcze ta stojąca obok szkoły toaleta. Nie należała do szczególnie higienicznych, nie było tam bieżącej wody, rzadko pojawiał się papier toaletowy. Stąd przyjście okresu powodowało wiele zamieszania i sytuacji co najmniej niewygodnych. Były też i dobre aspekty tego stanu – można było bez żadnych konsekwencji zrezygnować z ćwiczeń. A w-f nigdy nie był moim ulubionym przedmiotem, toteż z lubością przyjmowałam na siebie rolę “niedysponowanej”. Nasz wuefista lepiej niż ktokolwiek inny orientował się w cykliczności zdarzeń. Czasem rozliczał nas ze zbyt częstych lub zbyt długich okresów zawieszenia. Z tamtego czasu pamiętam jeszcze zapach. Zapach miesiączki. Słodką woń długo nie zmienianej podpaski, która niczym aura, otaczała jej nosicielkę.

Alwaysy ze skrzydełkami, pachnące podpaski, tampony oraz terror higieny, to wszystko pojawiło się w moim życiu znacznie później.

Wylewność

Jestem wylewna, od środka, ze środka, do środka. Wsiąkam. Obficie. Do nasiąknięcia. W skurczu. W rozkurczu. W przykurczu kolana. Przeciekam. Kapię. Kap, kap. Na karmazynowo. Strużę po udzie. Kreślę nowe szlaki. Do ostatniej kropli. Do brązowej smugi. Naznaczam śmietniki. Staczam się w sedesie.

Historia tamowania

Przemysł higieniczny rozwinął się dopiero w XX w. Trudno jednak uwierzyć, że wcześniej kobiety w ogóle nie zabezpieczały się przed skutkami okresu. Istnieje przypuszczenie, że to tampony pojawiły się jako pierwsze. Na egipskich papirusach sprzed 1500 roku p.n.e. znaleziono wzmianki o rulonikach z płótna, wkładanych do pochwy. Jednak przez wieki kobiety korzystały z „prototypów” dzisiejszych podpasek, które przybierały najróżniejsze formy. Co prawda, nie ma praktycznie żadnych danych na ten temat sprzed XIX wieku, ale wiadomo, że kobiety urodzone na początku XX w., jeśli nie pochodziły z bogatych domów, podczas okresu zostawiały za sobą brunatno-czerwony ślad. To raczej te zamożniejsze używały samodzielnie wytworzonych podpasek. Najczęściej były nimi uszyte z lnu czy bawełny wkładki. Dopóki nie wynaleziono majtek, mocowano je do paska owiniętego wokół talii. Takie podpaski wykonane były z płótna lub wełny – dziewczyna mogła mieć dwie lub trzy na zmianę i prać je po każdorazowym użyciu. Sam materiał mierzył około 30 cm na 60 cm, składano go na trzy części i przyczepiała do specjalnego pasa. Taka „pieluszka” pozostawała zawieszona między udami kobiety nieraz przez cały dzień. Przy obfitych miesiączkach sprawdzały się woreczki wypełnione naturalną grecką gąbką i wypchane wysuszonym mchem. W medycynie ludowej znane były też podpaski z torfem, który szybko nasiąka krwią, a przy tym działa bakteriobójczo. Męki samodzielnego wytwarzania podpasek trwały aż do początku XX wieku. Joanna Zagdańska pisze, iż pierwsze gotowe podpaski trafiły do składów aptecznych pod koniec XIX wieku, tampony zaś (pod nazwa tampax) zaczęto produkować przed II Wojną Światową. W roku 1920 w “Vogue’u” pojawiła się pierwsza reklama fabrycznych środków higienicznych. Takie podpaski, wyjątkowo nowoczesne, miały wówczas szokujące dla nas rozmiary, tj. 56 cm długości! Podczas drugiej wojny światowej francuskie pielęgniarki „odkryły” bandaże z miazgi drzewnej, które doskonale wchłaniały płyny i były tanie, więc nie trzeba było ich za każdym razem prać. Dziś podpaski wypełnia się mikrogranulkami. Z kolei tampony powleka się jedwabistą otoczką, tak, aby ich użycie było jeszcze bardziej komfortowe. Oba produkty są wytwarzane na masową skalę i stanowią oczywisty element życia codziennego. I trudno, naprawdę trudno wyobrazić sobie, że kiedyś mogło być inaczej.

Więcej informacji na ten temat w Muzeum higieny intymnej i zdrowia kobiety.

Nie plamię na niebiesko

Obraz podpaski i tamponów na dobre zagościł w naszym życiu. I oczywiście nie mam tutaj na myśli tylko kobiecej egzystencji. W reklamowym ciągu – niezależnie od płci i wieku – połykamy kolejno informacje o nowych technologiach, lepszym zabezpieczeniu, jeszcze bardziej komfortowej aplikacji. Podpaski na naszych oczach są testowane: wyginane, zgniatane, zalewane. Tampony prezentują swoje wnętrze, obiecują komfort, zapewniają, że grzecznie wchłoną wszystko i niczego nie przepuszczą. Wierzę tym reklamom. Bo brzmią bardzo rozsądnie. Choć jestem raczej wierna sprawdzonym produktom. I tylko czasem, naprawdę rzadko, zastanawiam się, czy tylko ja jedna plamię na czerwono? Bo nie pamiętam, czy kiedykolwiek w życiu miałam okazję skonfrontować się ze zużytą podpaską, czy brudnym tamponem, które napełniłaby inna kobieta. Bo chyba rzeczywiście najczęściej oglądam błękitną krew na szklanym ekranie.

Sztuka menstruacyjna

Przygotowując się do napisania tego tekstu trafiłam na dwa – zaskakujące dla mnie – zjawiska. Pierwszym z nich są mooncupy – swoista alternatywa dla tamponów i podpasek. Drugie zjawisko – silnie powiązane z pierwszym – zawiera się w określeniu „sztuka menstruacyjna”.

Pomysł na to, aby zatrzymać krew menstruacyjną w sylikonowym pojemniku wydaje mi się bardzo interesujący. Takie rozwiązanie ogranicza kontakt ciała z krwią w zasadzie do minimum. Duża pojemność „kubeczka” sprawia, że i sama kobieta rzadziej konfrontuje się z własnym okresem; inaczej niż wtedy, gdy używa się tampony, które dość często trzeba zmieniać – najlepiej w higienicznych warunkach; nie mówiąc już o podpaskach, które dłużej niezmieniane uwalniają ten charakterystyczny zapach menstruacyjnej krwi, czego każda z nas chce uniknąć. Z drugiej strony zebrana w pojemniku krew – nieprzetworzona, gęsta, czerwona… nieoswojona przez rutynę, może (a pisze to tylko na podstawie własnych przypuszczeń, bo nigdy jeszcze nie korzystałam z takiego rozwiązania) sprawić, że na nowo, od nowa spojrzymy na menstruację i własną cielesność.

Pewnym dowodem na słuszność mojej intuicji jest sztuka menstruacyjna, której rozwój powiązany jest z pojawieniem się mooncup-ów. Wykorzystanie zebranej w pojemniku krwi jako farby wydaje się dość oczywiste, wręcz naturalne. Samej sztuce menstruacyjnej przypisuje się znaczenie ideologiczne, traktuje jako formę manifestacji kobiecości. W tym miejscu chciałabym jednak skupić się na nieco innym aspekcie tego zjawiska. A dokładnie postawić kilka pytań i podać jedną odpowiedz. Zatem, jak Ty, droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku zareagował(a)byś na taki prezent? Czy krew menstruacyjna budzi w Tobie obrzydzenie, czy przyciąga Cię? Fascynuje? Czy potrafisz wyobrazić sobie, że trzymasz w dłoniach taki obraz, że dotykasz go, wąchasz. Czy mógł(a)byś przyjąć takie dzieło od obcej sobie osoby, czy takich prezentów nie daje się obcym?

Czy w końcu wiesz, co namalowałabyś na swoim obrazie? Bo ja doskonale wiem.

Więcej informacji na temat sztuki menstruacyjnej można znaleźć na stronie: Art by Women About Menstuation

Czekać na okres

jak na gwaranta kobiecości, co do jednych już przyszedł, a innych wciąż pomija.

jak na przekleństwo, nosić przy sobie ketonal, zabezpieczać się na czerwoną godzinę.

jak na zbawienie, analizować wydarzenia, odliczać dni i godziny, liczyć na szczęście.

jak na śmierć, odejście kogoś, kto jeszcze się nie narodził, a już umarł.

jak na wiosnę i lato, młodość i dojrzałość, nie dostrzegając, że przyszła już jesień.

Granice wytrzymałości

W artykule starałam się zachować umiar i nie prezentować okresu z naturalistyczną dosłownością; choć zależało mi na tym, aby oddać w słowach i poprzez obraz to, co przynależy do menstruacyjnej (nie)codzienności. Trudno jest mi stwierdzić, czy ów zamiar został pomyślnie zrealizowany, bo w końcu to do Ciebie, mój drogi czytelniku, należy ocena. To w Twojej kompetencji pozostaje dookreślanie miejsca, w którym przebiega granica “dobrego smaku”. Ja swoich granic nie przekroczyłam, opisałam własne doświadczenia szczerze i bez zażenowania. Jednak zdaje sobie sprawę z tego, że granice są relacyjne i indywidualnie zakreślane, dlatego zależy mi na Twojej opinii.

Z wyrazami szacunku,

Katarzyna Wala

Zobacz też:

Bibliografia:

Muzeum higieny intymnej i zdrowia kobiety; Joanna Zagdańska, Miesiączka dawniej i dziś; Burzliwa i szokująca historia podpaski.

Odpowiedzi: 8 to “Krwawica moja”

  1. Poradnia on-line powiedział/a

    Przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Sztuka menstruacyjna to coś o czym nigdy nie słyszałam, nie chciałabym jej uprawiać ani też kontemplować. Piszesz odważnie na temat rzadko poruszany, a tak bliski wszystkim kobietom, stad moje zaczytanie…

  2. anna wiatr powiedział/a

    temat i to, co z niego wypływa, ciekawy, jak najbardziej. Nie czuję, żebyś przekroczyła ‘granicę dobrego smaku’, ale też mój ‘dobry smak’ jest dość rozciągliwy. Jeśli chodzi o teksty, to kiedyś zachwyciłam się “Miesiączkowaniem” Jolanty Brach-Czainy http://czytelnia.onet.pl/0,1152456,do_czytania.html (do dziś go uwielbiam). Jeśli chodzi o doświadczenie, to wydaje mi się, że obecnie ważne jest też ‘zatrzymanie’ okresu, a później jego ‘wywoływanie’, często kilkumiesięczne – chodzi oczywiście o skutki stosowania tabletek antykoncepcyjnych. I na koniec jeszcze jeden interesujący wątek: seks podczas menstruacji, gdy nie tylko same babrzemy się w swojej krwi, ale i wciągamy w to partnera.

    • Monika Adamczak powiedział/a

      Jakkolwiek partner nie był by fantazyjny, menstruacja to dla nich już za wiele i miłość i chęci i kilkuletnie znanie się od podszewki mogą nie wystarczyć. Naprawdę zrozumieć nie mogę dlaczego krew może być tak niesmaczna, odpychająca. Kobieta z awarią, z przeciekiem – odczekam(:

  3. marcelina.j powiedział/a

    Dobrze się czytało. Używasz w artykule określenia “ciotka”, z gimnazjum znam jego zgrubienie “ciota”. “Mam ciotę…”-aż ciarki przechodzą po plecach – kojarzy mi się ze zwierzęcością, z brakiem szacunku wobec swojej cielesności. “Okres, miesiączka”- takie medyczne, naukowe. Od kogoś usłyszałam -”u mnie dziś krwawa merry” i spodobało mi się.
    Natomiast reklamy tamponów i podpasek zawsze zadziwiały-te dziewczyny biegające/tańczące w białych, obcisłych spodniach i przykładające sobie do uda nasączoną niebieską cieczą podpaskę, żeby pokazać, że “nic a nic” się nie zabrudzi…
    Ciekawie też jak mężczyźni podchodzą do takich produktów… Kiedyś wychodząc z rossmana podsłuchałam jak osobnik płci męskiej dzwoni “do swojej kobiety” i chwali się, że “podołał i kupił te babskie pampersy”. Jakby to było ujmą dla jego męskiej dumy i honoru.
    Natomiast jeden z moich kolegów w czasach szkolnych
    wsadził sobie ukradzione koleżance tampony do nosa i biegał po szkole krzycząc, że jest moresem…Możliwe, że było to jego przełamanie miesiączkowego tabu:)

  4. M. powiedział/a

    dobre

  5. Monika Adamczak powiedział/a

    Marcelina – :) Co do kobiecych pampersów – jestem w stanie sobie wobrazić wilu moich znajomych z tymi słowami (niestety).
    Kasia, fajnie się czytało, dla mnie bardzo grzecznie i czysto.
    Mooncoup – brrr ale chyba najorsze wyciaganie – już sobie wyobrażam obcość tej gumy w pochwie na sucho (dosadnie, ale 100% odzwierciedla moje odczucie).
    Co do podpasek, krwii, eh, przyzwyczaiłam się i raczej nic mnie w niej nie odraża, (może zapach), ale mimo wszystko to bardzo intymna sprawa. Praca z obcą krwią w estetycznym wydaniu w moim pokoju raczej nie przypadłaby mi do gustu. I chyba też dlatego samą sztuką jestem zainteresowana, intymne, szokujące, a dotykające ponad połowę ludzkości, spychane w cień tabu. Tylko, że ja nie skoncntrowałabym się na esy floresy pomaziane krwią… Publiczne pokazanie krwii, zużytej podpaski i co z tego? Blee i co dalej? Już w sumie od dłuższego czasu pracuję nad własnym projektem, więc się mi świetnie wpasowałaś Kasiu!
    Pozdrawiam!

  6. Joanna Za powiedział/a

    Komentarz mój nieco spóźniony, ale nie mogłam się powstrzymać. Świetny tekst!
    A propos mężczyzn i historii z tamponem – John Lennon nakleił sobie podpaskę na czole, na jakiejś ostro zakrapianej (alkoholem – nie krwią) imprezie w klubie. Do tej pory jest to argument fanów Mc Cartneya przeciwko Lennonowi w dyskusji nt. wyższości jednego z Beatlesów nad drugim. Mniej ważne jest to, że Lennon wówczas także agresywnie się zachowywał po pijanemu – liczy się podpaska na czole!

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.